środa, kwietnia 16

Arkadia

Układanka bliskich sercu chwil, skrawków marzeń, okruchów rzeczywistości.
Oto dzień wymarzony. Niby tylko mój, a jego siła tkwi w prostym dzieleniu się nim z drugą osobą.
Oto dzień, który jest jak ziarnko prawdy w legendzie. Ziarnko, które nieustannie kiełkuje.

„Szczęście to ta chwila co trwa
Niepewna swojej urody..”


A zaczyna się o wschodzie słońca, lecz najpierw tylko otwieram oczy. Badam otoczenie, po kątach czają się jeszcze senne zjawy. Zwlekam się leniwie i otwieram okno. Biorę głęboki oddech, tak aby wysączyć z powietrza całą esencję poranka. Patrzę jak z nabierającym kolory niebem rodzą się nowe nadzieje. Słońce wspina się po drabinie drobnych chmur.
Jest wczesna godzina gorącego lata. Rozwalam się spowrotem na łóżku. Wkradam się pod kołdrę, odszukując ulotne ślady ciepła. Ona wciąż jeszcze śpi. Zapraszam sny na ostatnią ucztę.
Rozbudziwszy się po raz drugi leżę jeszcze dwie dodatkowe chwile, smakując ostatnie przebłyski rozhamowanej wyobraźni. Rozsuwam zasłony i z wysokości piętra ponownie patrzę na świat. Horyzont prowadzi się linią po górskich stokach, a tuż koło mojego nosa przemyka zapatrzona przed siebie pszczoła. Świergoczą pochowane w błękicie ptaki.
Rozczochrany schodzę na dół. Podążam za smakowitym zapachem, pokonując kolejne stopnie krętych schodów ciągnących przez sień, oddzielającą dwa światy domu: dolny, ten codzienny, i górny, gdzie nawet deszcz ma swój język i opowiada własne baśnie. Jajecznica z tarkowanymi ziemniakami skwierczą na patelni. Przygotowuję talerze, rozlewam chłodne, mleko do szklanek. Jemy na zewnątrz, opierając naczynia na walających się w pobliżu pniakach. Rozmawiamy o snach, przymykając oczy, odwracając twarze w stronę słońca.
Potem zbieramy aparaty, kawałki wczorajszego ciasta, ciepłą jeszcze herbatę, kanapki z wędzoną szynką domowej roboty i pomidorami. Wsiadamy na rowery i jedziemy. Nieważne gdzie - przed siebie, tak aby móc zostawić rozrzucone bagaże i wczaić się między drzewa lub w gęstwinę traw. Ograniczyć świat do wyciągniętych ramion i po raz kolejny zdumieć się jego ogromem i różnorodnością. Niedzielne obłoki ze stoickim spokojem suną między ostrymi graniami szczytów. Nic ich nie obchodzi.
Wracając odwiedzamy jedną z przydrożnych kapliczek.
W domu robimy pomidorową i.. dzisiaj może schabowe. Najbezpieczniej będzie jak zajmę się sałatką. Obiad na pokazie ciepłych jeszcze zdjęć. Na deser anime.
Popołudnie każdy ma swoje.
Drepczę boso do ogrodu podjadać poziomki i wybierać co dojrzalsze strączki. Zbieram kilka garści w podwiniętą koszulkę i zanoszę Jej pospiesznym poleconym. Źdźbła miękkiej trawy łaskoczą mnie w stopy. Włażę przez okno do szklarni - porośniętego pnączami pomidorów cmentarzyska owadów. Szukam motyli, muchami karmię pająki w składzie drewna. W międzyczasie tradycyjnie, choć nie specjalnie uwalam nogi ziemią.
Wymigując się niedzielą stwierdzam, że nie ma nic do roboty. Zabieram się za książkę stojącą w pierwszym rzędzie ciągnącej się długim ogonem kolejki.
Gdyby można było zamawiać pogodę, po dwóch rozdziałach nacisnąłbym guzik z burzą. Chmur przybrałoby dosyć szybko, a deszcz spadłby gęstymi kroplami wśród rozchodzących się niskim pogłosem grzmotów. Zamykam okna na poddaszu i sprawdzam nieposłuszne drzwi tarasu. Stajemy na piętrze, obserwując podniebne przedstawienie pulsujących światłem wyładowań.
Odpalamy playstation. Chwila totalnego odrealnienia w trybie multiplayer.
Późny wieczór umówiony z przyjaciółmi w pobliskim pubie. Wychodzimy bez płaszczy, pod jedną, dużą parasolką. Przytulny kąt, grzane wino i rzeka niekończących się tematów.
Wracając odprowadza nas zarumieniona twarz słońca. Świat staje w ogniu pomarańczy, wypełniony balsamicznym zapachem letniej ulewy, której strumienie błyszczą się jeszcze pod krawężnikami.
Zostawiamy mokre buty w korytarzu i idziemy na górę. Niebo dogasa, a ja rozpalam świece. Wywalamy poduszki na podłogę i kładziemy się na nich, oglądając wybrany na dzisiaj film. W zestawie podręcznym lejsy i ciasteczka.
Nocą wychodzimy na zewnątrz. Bierzemy gitarę i teleskop, naciągamy swetry, rozpalamy ognisko. Niewielki słup ognia żwawo bucha w powietrze, iskry rozfruwają się jak chmara rubinowych świetlików. Rozlegają się dźwięki strun oraz cichy śpiew. Napawając się ciepłem płomieni i słodką wonią maciejek patrzymy w mrugające oczy przeszłości. Liczymy spadające gwiazdy. Kto pierwszy zauważy siedem wygrywa.
W łóżku bajka. Moja kolej. Opowiadam powoli, jutro też nic nas nie goni. Anielski głos Enyi kołysze nas do snu. Wtuleni w siebie jak skulone w cieniu nocy płatki mniszków zasypiamy, równając oddechy.

„Więc nie patrz w dal,
Bo szczęście jest tuż obok w nas
W zwyczajnym dniu, w zapachu domu
Wśród chmur, w ciszy traw..”


3 komentarze:

kohei pisze...

zawsze mnie zadziwiasz;) -dobrze się czyta, wszystko takie niewymuszone, naturalne.
mam ochotę na lejsy i deszczowy spacer boso po trawie. mhymmm...:)

/szaranagajama

M pisze...

Odpłynęłam... :)
I nagle tak zapragnęłam znaleźć się w Bieszczadach.
I zapragnęłam...

Miło, że brak tu płytkości.

Anonimowy pisze...

...aż zatęskniłam za górami(:
(choć,chyba nieustannie za nimi tęsknię;)

mówiłam już,że lubię czytać to,co piszesz.Więc się powtarzać nie będę.Po co.

tekst miękki, ciepły,rozmarzony. Apetyczny, zaprawiony czymś, co nazwałabym senną mgiełką.

miłego(:

Cia.